sobota, 19 listopada 2011

Moje doświadczenia ze szkołami językowymi

W dzisiejszym poście chciałabym poruszyć dość ciekawy temat dotyczący szkół językowych i kursów, które oferują. Prawie na każdej ulicy możemy napotkać bardziej lub mniej profesjonalnie wyglądające miejsca, które informują nas o przeprowadzanych tam kursach językowych. Często mają bardzo chwytliwe nazwy i stosują oryginalne metody nauczania. Zawsze pozostawałam obojętna na tego typu reklamy i to nie one były powodem moich decyzji o zapisie na kurs. Każdą ulotkę, którą otrzymałam na ulicy, przeglądałam tylko szybko wzrokiem i wrzucałam do kieszeni lub najbliższego kosza na śmieci.

Jako 12 letnia dziewczynka zakochałam się w języku hiszpańskim. Zaoszczędzone pieniądze wydawałam na upatrzone kursy i rozmówki, ale moim największym marzeniem był kurs językowy w jakiejś "prestiżowej" szkole. Zazdrościłam mojej przyjaciółce, która dwa razy w tygodniu chodziła na zajęcia z angielskiego i chwaliła się swoją teczką z materiałami. Niestety w tamtym czasie ani moi rodzice nie dysponowali takimi środkami ani hiszpański nie był jeszcze na tyle popularnym językiem, żeby jakaś szkoła przeprowadzała kursy dla dzieci (wszystkie dostępne były jedynie dla dorosłych bądź młodzieży od 15 roku życia). Pamiętam jak snułam plany o studiowaniu iberystyki. Chciałam opanować biegle hiszpański i portugalski, a potem zamieszkać w Barcelonie. Na szczęście moja miłość do hiszpańskiego była bardzo intensywna, ale krótka. Pozostał jedynie sentyment i kilka zapamiętanych słówek.

Kolejny kontakt ze szkołą językową miałam, kiedy byłam już w liceum. Zawsze słyszałam od nauczycieli, że mam zdolności językowe, ale ich nie wykorzystuję. Lubiłam angielski, ale w ogólniaku nie miałam zbytnich możliwości wykazania się, ponieważ moja grupa językowa liczyła 20 osób, a nauczycielka poświęcała najwięcej uwagi tym, którzy niezbyt radzili sobie z językiem. Najważniejsze było przecież zdanie matury...
No i w taki oto sposób doszłam do wniosku, że warto by było zapisać się na dodatkowe zajęcia w szkole językowej. Właśnie otworzyła się w mojej miejscowości nowa szkoła, pasowała mi lokalizacja i oferta była całkiem ciekawa. Po napisaniu testu trafiłam wtedy do grupy na poziomie B2.
Początkowo byłam nieco wystraszona, ponieważ okazało się, że jestem  najmłodsza w grupie, jednak jak się później okazało to było najlepsze co mogło mnie spotkać :).
Uczyła nas młoda dziewczyna, w trakcie studiów magisterskich, pełna zapału i z cudownym akcentem. Wymyślała nam mnóstwo ciekawych zadań, scenek do odegrania, zmuszała nawet siłą do mówienia, co było dla mnie doskonałym sprawdzianem umiejętności. Wtedy dopiero okazało się ile tak na prawdę umiem, pozbyłam się strachu przed publicznymi wypowiedziami, nauczyłam się argumentowania swoich wypowiedzi, a nie tylko odpowiadania krótko na zadane pytania. Grupa powoli się wykruszyła, ponieważ nie wszystkim pasowała godzina rozpoczęcia zajęć, co spowodowało, że lektorka mogła więcej uwagi poświęcić każdemu
obecnemu. Fakt, że inni uczestnicy kursu byli w wieku moich rodziców był tylko plusem, ponieważ były to osoby, które przyszły na te zajęcia w konkretnym celu, wydawały na kurs swoje własne, ciężko zarobione
pieniądze. Motywowało mnie to, że widziałam, że te nie mają tyle kontaktu z angielskim co ja, bo mają pracę, dzieci i inne obowiązki, a i tak robią wielkie postępy. Ja na głowie miałam jedynie naukę, dlatego motywowało mnie to do tego, żeby umieć jeszcze więcej ! Nasza grupa bardzo się ze sobą zżyła, panowała tam sympatyczna atmosfera, każdy mógł powiedzieć co mu leży na sercu i zawsze jakaś dobra dusza podniosła na duchu.

Niestety rok szybko minął, zaczęła się druga klasa liceum, a ja jako uczennica klasy biologiczno-chemicznej zostałam zawalona nawałem dodatkowych zajęć z chemii i biologii, przez co nie znalazłam już czasu na angielski. Poza tym nie wiem skąd pojawił się u mnie pogląd, że ja przecież nie muszę znać angielskiego na nie wiadomo jakim poziomie, bo moim celem jest medycyna a nie filologia. Przez to mój angielski bardzo podupadł na poziomie, ponieważ to co wyniosłam z dodatkowych zajęć to było aż za dużo jak na maturę podstawową i satysfakcjonowało mnie to, że każdą próbną maturę pisałam na około 95%. Nie przekonywały mnie argumenty mojej nauczycielki, że jestem w stanie bez problemu zdać maturę rozszerzoną przy odrobinie nakładu pracy. Ja widziałam tylko biologię i chemię, nic więcej. Przeskakując w czasie, maturę zdałam świetnie, ale dopiero po niej stwierdziłam, że takim podejściem do angielskiego zniszczyłam wszystko co wyniosłam z zajęć ze szkoły językowej.

Potem jeden kierunek studiów, który okazał się pomyłką, zmiana na drugi, zwolnienie lekarskie i chwila zastanowienia się nad sobą.
Pamiętam jak miesiąc temu siedziałam w nocy i przeglądałam jeden ze znanych portali z kuponami zniżkowymi. Nagle moim oczom ukazał się kupon na naukę języka. Nie zwróciłabym na niego uwagi, nawet pomimo niskiej ceny, ale w miniaturce zobaczyłam czeską flagę. Po sprawdzeniu oferty i strony internetowej szkoły, poczułam ogromna radość, ale potem przyszła chwila zwątpienia, bo przecież czeski to niezbyt popularny język, więc pewnie nie zostanie utworzona grupa. Postanowiłam zadzwonić następnego dnia i upewnić się czy uzbierana została odpowiednia ilość osób. Ku mojej uciesze pani zapewniła mnie, że razem ze mną będzie komplet i tak oto zapisałam się na kurs semestralny za całe 199 zł :D !
Obliczyłam sobie, że za każde 1,5 h zajęć płacę mniej niż za paczkę ulubionych chipsów. Zajęcia odbywają się 2 razy w tygodniu po 1,5h. Po niecałym miesiącu zajęć mam same pozytywne odczucia:
1. Spotkałam tam sporo sympatycznych osób, które przyszły na ten kurs w tym samym celu co ja.
2.Lektorka jest na prawdę zaangażowana w to co robi, zasypuje nas masą materiałów, wymyśla dialogi, przygotowuje zadania.
3.Dużo mówimy, dlatego na bieżąco mogę zobaczyć co już umiem, a nad czym warto popracować troszkę więcej.
4.Często mówi się, że takie kursy powodują, że utrwalamy sobie błędy w wymowie innych. Ja uważam, że dobrze przygotowanie z bieżącego materiału powoduje, że sama czuję się troszkę jak native speaker i koryguję w myślach błędy innych, które i tak wyłapuje lektorka i karze poprawić, aż do momentu, gdy ktoś nie powie czegoś poprawnie.
5. Mam mozliwość wymiany opinii na temat wszelkich wspomagaczy nauki: każdy poleca jakieś swoje ulubione czeskie radio, filmy, muzykę, literaturę czy odradza właśnie zakupione rozmówki.
6.W każdym momencie mam możliwość podpytania lektorki o to co mnie nurtuje czy wysłania jej maila z pytaniem. Niestety ze względu na tak małą ilość materiałów do czeskiego na naszym rynku, niekoniecznie znajdę odpowiedź w samouczku na swoje pytania.
7. Testy, które piszemy regularnie, pozwalają mi kontrolować na bieżąco swoje postępy i motywują do nauki.
8.Forma zajęć powoduje, że traktuję je jako miły akcent na koniec każdego dnia, nie jako przymus.
9.No i tutaj ujawnia się także moje "zboczenie"- uwielbiam gramatykę ;) dlatego to co odstrasza innych, mnie się bardzo podoba, nie straszne mi tabelki z odmianą części mowy przez przypadki. Zawsze uważałam to za
coś dziwnego , dopiero po zrobieniu testu  w jednej z książek dot. nauki języka, zrozumiałam, że wynika to po prostu z tego, że jednym z moich dominujących typów osobowości jest matematyczno-logiczny.
10. Czasami jestem takim leniem, że trudno mi się zmusić do czegokolwiek, ale na zajęcia jednak zawsze pójdę, bo nie lubię sobie robić niepotrzebnych zaległości-  zmuszają mnie do regularności i motywują do dalszej pracy.

Wiem, że to tylko moje doświadczenia i nie wszyscy mogą powiedzieć coś pozytywnego na temat takich zajęć.Pewnie wiele osób stwierdzi, że punkty, które wymieniłam można spokojnie spełnić w inny sposób, niekoniecznie uczęszczając na kurs w szkole językowej. Ja nie żałuję swojej decyzji, aktualny sposób w jaki się uczę czeskiego bardzo mi odpowiada i cieszę się, że kurs językowy ma w nim swój udział.
Myślę , że dla osoby, która znajdzie interesującą ofertę, wie czego oczekuje od takiego kursu, ma zdrowe podejście do takiej formy nauki (wie, że będzie musiała poświęcić dużo własnej uwagi danemu językowi, bo nikt się za nią nie nauczy) to taka forma nauki- kurs językowy, jest jedną z możliwości do rozpatrzenia. 
Wiem, że dużo zależy od lektora, dlatego przed podjęciem decyzji warto udać się na lekcję próbną (wiele szkół oferuje taką możliwość) zobaczyć z jakimi materiałami się pracuje, ocenić czy lektor spełnia nasze wymagania.
Myślę, że podstawowym błędem jaki popełniają ludzie zapisujący się do szkoły, jest zakładanie, że będzie to ich jedyna forma nauki języka i naiwna wiara , że to szkoła ich czegoś nauczy. 
Dla mnie szkoła jest tylko i wyłącznie pewnym drogowskazem na mojej drodze do opanowania języka a kurs ma mi tylko dodać nieco odwagi na początek, dalej już pójdę sama ;).

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że te 3h czeskiego w tygodniu w szkole językowej to nic w porównaniu do tego co sama robię w domu i ile czasu spędzam "zanurzona" w czeskim. Wiem też, że bez tego mogłabym mieć całkiem inne odczucia odnośnie szkół językowych. Ogólnie uważam się za 
samouka, który jedynie wspomaga się zajęciami w szkole.

3 komentarze:

  1. Hej! :) Jak mam troszkę inaczej, bo uwielbiam mówić po angielsku, i wielka krzywda jaka jest szkołach publicznych (chyba tak mogę to nazwać) jest, że prawie wcale nie mówi się w języku obcym! To dla mnie straszne :D Have a nice day! ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. "Myślę, że podstawowym błędem jaki popełniają ludzie zapisujący się do szkoły, jest zakładanie, że będzie to ich jedyna forma nauki języka i naiwna wiara, że to szkoła ich czegoś nauczy."

    Z tym zdaniem zgadzam się w całej rozciągłości. W ogóle, bardzo ciekawie napisane, dodaje otuchy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. 97didek- ja także to bardzo polubiłam ;), ale musiałam się długo przełamywać..

    Krzysiek-dziękuję za komentarz, miło mi to słyszeć od Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń